RSS
wtorek, 30 października 2012

O tym i owym 96 czyli co naprawdę jest w życiu ważne ?

Zaduszki są moim ulubionym świętem. W te nostalgiczne jesienne dni czas się dla mnie niemal zatrzymuje, otulony w drgające ogniki płonących na cmentarzu zniczy, spowity ich dymem, przywołującym wspomnienia. Wtedy z pamięci ulatuje cały ten plastikowy, medialny świat próbujący wmówić nam, że to właśnie tam przebiega nasze prawdziwe życie, a nie tu – w naszych relacjach z bliźnimi. W miejsce tego całego zgiełku pojawią się więc bardziej osobiste refleksje i - spokój. Odwiedzając swoich zmarłych bliskich, chcąc nie chcąc zwracamy się ku przeszłości, oddając się we władanie zatrzymanym w kadrze chwilom, wciąż wstecz, aż po zapomniane, a nagle rozkwitłe świeżym zapachem wspomnienia dzieciństwa. Czas niepowstrzymany, czas który odszedł i nie wróci, którego odmienić niepodobna. Jego smak jest słodko – gorzki...

W takich chwilach częstokroć zastanawiamy się, co po sobie pozostawimy. Domy? Samochody? Bezpieczny byt dzieci? To ważne. Jednak im jesteśmy starsi, tym przemożniejsze staje się pragnienie, by pozostawić po prostu dobrą pamięć o sobie. Jakiś widoczny znak. Jak więc będziemy pamiętani? Co po nas zostanie?

Ale od tego ostatniego pytania stokroć ważniejsze jest „co ze sobą zabierzemy?”. Domy? Samochody? Jedyne co nam będzie dane zabrać na tamten świat – to nasze uczynki. Każdą naszą relację z bliźnimi. Każde pochopnie wypowiedziane, oczerniające czy w inny sposób złe słowo. I każdy dobry, szczery odruch serca. Jak trudno sobie odruchy te przypomnieć. Im bardziej sięgamy w głąb siebie, tym więcej wątpliwości, tym częściej odruch ten wydaje się być czymś interesownym, w najlepszym razie czymś co miało uspokoić nasze sumienie. I nagle okazuje się, że wszystkie bezcenne skarby zgromadzone za życia mają wartość piasku, że tam, po drugiej stronie, liczyć się będą skarby wykute w sercach – te wszystkie codzienne uczynki, te wszystkie zwykłe, czasami drobne próby którym byliśmy poddawani w naszych relacjach z innymi ludźmi. Piasek w naszej klepsydrze życia wciąż się przesypuje, płomień wypala świecę, a wiedza o tym, jak bardzo jest ona długa i czy aby nie tli się właśnie sam ogarek - nie jest nam dana. Więc coraz mniej jest czasu na naprawienie tego, czego czasem naprawić niepodobna...

A co chcieliby zmienić w swoim życiu nasi zmarli bliscy, gdyby mieli taką możliwość? Co też bogatsi o doświadczenie śmierci mogliby nam powiedzieć? Jaką poradę moglibyśmy usłyszeć? Sądzę że byłaby to prawda banalna, którą zawsze mamy przed oczami, a której nie dostrzegamy – aby dbać w życiu o to, co naprawdę jest ważne. Jakże często w codziennej pogoni tracimy tę perspektywę... Dokonanych wyborów nie cofniemy, wciąż jednak, dopóki tli się w nas życie, możemy pielęgnować tą świadomość w sobie, starając się przykładać bezmiar wieczności do naszych zwykłych spraw. To w nich wykuwa się nasza nieśmiertelna przyszłość. To w nich gromadzimy swój skarb. Ten, który po sobie pozostawimy – i przede wszystkim ten, który zabierzemy ze sobą. Nasza własna dusza i nasze uczynki będą tam sędziami...

W Dzień Zaduszny zatrzymuje się czas. Odwiedzając groby naszych zmarłych bliskich, dajemy świadectwo temu, jak ważna jest dla nas przeszłość, nasze korzenie, nasza tożsamość. Na przekór szumnym deklaracjom „wybierzmy przyszłość”, „przestańmy grzebać się w przeszłości”. Trzeba mieć świadomość dokąd, ale i skąd się idzie, skąd się wyszło, jaki otrzymało się w darze depozyt pokoleń.

W Dzień Zaduszny zatrzymuje się czas. Odwiedzając groby swoich bliskich, pamiętając o nich, zarazem zabiegamy o to, by po nas, o nas też pamiętał ktoś. Czasami nawet zapalimy lampkę na czyimś zapomnianym grobie, zmówimy krótką modlitwę za dusze pokutujące, za tych, o których nie pamięta już nikt...

W Dzień Zaduszny zatrzymuje się czas. Odwiedzając groby naszych zmarłych, mamy wyjątkową okazję zadać sobie pytanie, kim my sami jesteśmy, dokąd idziemy. Jaka była nasza dotychczasowa droga – co zebraliśmy, co roztrwoniliśmy... I co naprawdę jest w życiu ważne.

M. Poświatowski 


19:50, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 października 2012

O tym i owym 95 czyli o daninie krwi tarnowskiego misjonarza

Dziś 27 października mija 14. rocznica śmierci tarnowskiego misjonarza ks. Jana Czuby. Został on zastrzelony na terenie swojej misji  w Loulombo w Republice Konga. Ks. Jan  wiedział, że na misji jest niebezpiecznie, trwała wojna domowa, jednak nie chciał pozostawić swoich parafian – mówi tarnowska misjonarka Elżbieta Wryk. Ks.Jan Czuba -  Sługa Boży -  urodził się 7 czerwca 1959 r. w Słotowej, w rodzinie rolniczej, był synem Stanisława i Marii z Paprockich; miał troje starszego rodzeństwa. W latach 1966-1974 uczęszczał do szkoły podstawowej w rodzinnej wiosce Słotowej. Dalszą naukę kontynuował w Liceum Ogólnokształcącym w Pilźnie, gdzie 2 czerwca 1978 r. złożył egzamin dojrzałości. Przez kolejne sześć lat (1978-1984) studiował w Wyższym Seminarium w Tarnowie. W czasie studiów seminaryjnych kierował kleryckim kołem misyjnym. Po ukończeniu studiów seminaryjnych, z tytułem magistra teologii, 27 maja 1984 r. przyjął w tarnowskiej bazylice święcenia kapłańskie z rąk bp. Jerzego Ablewicza. Posługę kapłańską rozpoczął w Bobowej jako wikariusz parafialny - od 26 czerwca 1984 r. do 27 lipca 1988 r.  Po śmierci matki zdecydował się wyjechać na misje i odbył szkolenie w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. W kwietniu 1989 arcybiskup Ablewicz skierował go do pracy misyjnej do Konga. Czuba był najpierw wikariuszem w Mindoula, a później został proboszczem w Loulombo (od 1992). Zbudował na miejscu aptekę i dom dla sióstr zakonnych, planował budowę kościoła i szpitala. Kontynuował pracę misyjną po wybuchu w Kongu wojny domowej latem 1997. Praca ks. Jana na afrykańskiej ziemi była dla niego znakiem wybrania. Oddawał się całkowicie swojej kapłańskiej posłudze, zwłaszcza w dojazdach do kaplic położonych na terenie górzystym. Miał do obsługi 15 wspólnot w 36 wioskach. Piechotą przebywał 20-30 km w skwarze afrykańskiego słońca, w odgłosach strzałów trwającej wojny domowej. Na marginesie głównych zajęć duszpasterskich zajmował się budownictwem, pszczelarstwem, hodowlą owiec, masarstwem uczył zawodów i radzenia sobie w życiu. Ks. Jan wiedział, że na misji jest niebezpiecznie, trwała wojna domowa, jednak nie chciał pozostawić swoich parafian, którzy mogli liczyć jedynie na niego. Kilka miesięcy przed śmiercią wyznał: „Ta misja w Loulombo jest moja, jest moją misją z wyboru.(...) Żyję ich życiem, a oni żyją moim.(...) Moje serce zakorzeniło się tam". 27 października 1998 pojawiła się w Loulombo grupa bandytów, żądająca wydania broni, która miała się znajdować na plebanii tamtejszej parafii. Ks. Jan Czuba twierdził, że nie ma broni,napastnicy przeszukali plebanie niczego jednak nie znaleźli. Zabrali pieniądze i wyszli na zewnątrz jedząc mango. Następnie przyszła grupa bandytów bardziej agresywna, żądali dalej broni, ksiądz Jan powiedział, że mogą do niego strzelać i tak nic nie znajdą. Jeden z bandytów oddał w jego stronę dwa strzały- oba śmiertelne, świadkiem jego śmierci był afrykański ksiądz. Bandytów przeraziła śmierć misjonarza, jeden z nich powiedział: „nie przyszliśmy zabijać, ale po broń”. Siostry zakonne pochowały ciało ks. Jana w prowizorycznej zbitej trumnie za kościołem, koło groty Matki Bożej. Pamięć o duchownym kultywowana jest przez umieszczenie jego wizerunku w XIV stacji Drogi krzyżowej Pasierbieckim kościele, wybudowanie poświęconej jego pamięci kaplicy misyjnej w Słotowej, a także przez nazwanie jego imieniem Domu Formacji Misyjnej w Czchowie, sali misyjnej Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie i Zespołu Szkół w Słotowej. W 10. rocznicę śmierci diecezja tarnowska zorganizowała kongres misyjny poświęcony pamięci ks. Czuby. Wydana została także książka ks. Jana Bartoszka Miłość przypieczętowana krwią. Ksiądz Jan Czuba, życie – świadectwo – męczeństwo (2008). Ks. Jan Czuba przeżył 39 lat, w tym 14 lat kapłaństwa, z czego 4 lata w Bobowej a 9 lat na misjach. 

 


12:05, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 października 2012

Z cyklu o tym i owym 94 czyli urodziny Szczucinki…


Dokładnie 106 lat temu otwarto linie kolejową w kierunku Szczucina. Kolej Tarnów-Szczucin wybudowano w rekordowym czasie – w rok. Trasa pociągu to: Tarnów – Tarnów Północny - Tarnów Klikowa - Łukowa Tarnowska - Łęg Tarnowski - Niedomice - Żabno – Fiuk - Dąbrowa Tarnowska – Olesno Tarnowskie - Dąbrówki Breńskie - Mędrzechów - Kupienin - Delastowice - Szczucin. Kolej cieszyła się ogromną popularnością. Przewoziła dziennie wielu pracowników do zakładów pracy w Tarnowie (Zakłady Azotowe, Zakłady Mechaniczne), Niedomicach (fabryka celulozy), Dąbrowie Tarnowskiej (szpital powiatowy, urzędy, szkoły, przetwórnie) i w Szczucinie (zakłady azbestowe). Planowano elektryfikację linii oraz wydłużenie jej ze Szczucina do Buska-Zdroju (istniała tu do początku lat 90. wąskotorowa kolej Jędrzejów – Szczucin, część Świętokrzyskiej Kolei Dojazdowej).

Jednak po transformacjach w 1989 i upadkach wielu zakładów pracy, zwłaszcza likwidacji przemysłu azbestowego w Szczucinie i zamknięciu Niedomickich Zakładów Celulozy, znaczenie oraz popularność „Szczucinki” znacząco zmalała. Przewozy pasażerskie zawieszono 3 kwietnia 2000 r., a towarowew2006 r.– pociągi towarowe dojeżdżają tylko do Żabna. Obecnie linia kolejowa o długości 48,571 m jest nieużywana. Co ciekawe, niedawno zawiązało się Tarnowskie Stowarzyszenie Przyjaciół Szczucinki. Jak czytamy na ich stronie, „to nowa inicjatywa młodych ludzi, którzy zatęsknili za podróżami kolejowymi po Powiślu Dabrowskim, znaną wszystkim trasą kolejową „Szczucinka”. Początkiem tej inicjatywy to na razie jest strona internetowa: szczucinka.com. pl.

(pik – zawikipedia)




16:56, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 października 2012

Z cyklu o tym i owym 93 czyli o cudach Magdy B. …

Azoty Tarnów dokonały małego cudu. Publikacje powstające z okazji jubileuszu zakładów przemysłowych – takich czy innych – to nie jest to, co byśmy chcieli czytać najbardziej. W tym jednak przypadku Zamawiający, autorzy i wydawnictwo Grupa Tomami, znaleźli trop, który pozwolił im przełamać stereotyp.
Każda z tych trzech książek wydana osobno byłaby lekturą interesującą – tyle że dla różnych i raczej niezbyt licznych  grup czytelników. Zebrane razem, przystrojone w piękną szatę graficzną i zapakowane w równie wytworne pudełko, tworzą fascynujący tryptyk stanowiący wielowymiarową i skłaniającą do refleksji opowieść. Opowieść o czym? Prawdę mówiąc trudno powiedzieć – i to jest w tym tryptyku najbardziej intrygujące.
Więc o czym? Oczywiście o Zakładach Azotowych Tarnów-Mościce. I o 85 rocznicy ich istnienia. Ale tak naprawdę o czymś innym. O skomplikowanych ludzkich losach i jeszcze bardziej skomplikowanej historii. O pewnym wybitnym człowieku i o pewnym wielkim projekcie. O wizji i kalkulacji. O industrialnym rozmachu i o trosce o piękno. O polityce. O Polsce niepodległej. O wojnie. O komunizmie. I znów o Polsce niepodległej. A przede wszystkim – o dzielnych ludziach, którzy przez te wszystkie lata – za każdym razem trudne na wciąż to nowe sposoby – robili co można było zrobić, a nawet więcej, żeby ich bliźni mogli żyć lepiej i żeby ziemia mogła rodzić łatwiej. Żeby przetrwała pewna tradycja. A także – nie bójmy się odrobiny patosu, bo jest on tu jak najbardziej na miejscu – żeby przetrwała ich ojczyzna.
Właściwie wszystkie opowiedziane tu fakty i historie można było zmieścić w jednej książce. Na szczęście tak się nie stało. Rozdzielono pracę między trójkę autorów. Marek Smoła opowiedział w tomie „Fabryka” dzieje samych Zakładów – i z robił to z drobiazgowością i rzetelnością profesjonalnego historyka. Piotr Filip zajął się jednym ludzkim życiem. Tom „Eugeniusz Kwiatkowski. Chemik, polityk, menedżer” to wciągająca biografia człowieka, który w dwudziestoleciu międzywojennym zrobił dla Zakładów Azotowych więcej niż ktokolwiek inny. I tyle samo bodajże zrobił dla całego polskiego przemysłu tamtych czasów. Najbardziej zaskakujący, być może też najbardziej wzruszający tom tryptyku to „Rezydencja” autorstwa Małgorzaty Budzik – niewielka monografia dotycząca pewnej pięknej willi, która powstała wraz z Zakładami Azotowymi jako siedziba ich dyrekcji, a także ich niezaprzeczalna ozdoba.
Te trzy opowieści – chociaż czyta się je oddzielnie, jedną po drugiej – przeplatają się ze sobą na tak wielu płaszczyznach i na tak nieoczekiwane sposoby, że czytelnik tryptyku, na który się składają, może sam decydować o tym, jaki prywatny użytek zrobi z jego lektury. Bo z każdej dobrze przedstawionej opowieści o świecie i życiu można wyciągać rozmaite korzyści. Dlatego z takiej opowieści mogą korzystać niemal wszyscy.
Książki już wkrótce będą dostępne w księgarniach.


22:28, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 października 2012

O tym o owym 92 czyli odejście kapłana – drukarza…

W nocy z poniedziałku na wtorek zmarł nagle ojciec Stanisław Stańczyk, redemptorysta, założyciel i wieloletni dyrektor Małej Poligrafii w Tu-chowie. To w niej drukuje się większość lokalnych gazet samorządowych, ale także poważnych publikacji, dotyczących kultury regionu. O. Stanisław Stańczyk pochodził z Szynwałdu. Żył 58 lat, z czego 38 w zgromadzeniu redemptorystów i 32 lata w kapłaństwie. Jego staraniem, w 1991 roku, powstała Mała Poligrafia Redemptorystów. Ojciec Stańczyk był mocno zaangażowany w działalność drukarni. Był w niej, jak mówią, nie tylko dyrektorem ale też zwykłym robotnikiem. Kiedy zachodziła potrzeba, naprawiał drukarskie maszyny.

Był także współtwórcą słynnej ruchomej szopki, mieszczącej się w podziemiach klasztoru, odwiedzanej przez turystów z całego świata. - To był człowiek-orkiestra, niezwykle sumienny i pracowity, a przy tym bardzo dowcipny - wspomina Zygmunt Szych, który wydał w Tuchowie większość ze swoich 14 książek.

O. Stanisław Stańczyk urodził się 8.09.1954 r. w Szynwałdzie, diec. tarnowska. Po odbyciu rocznego nowicjatu dn. 15.08.1974 r. złożył pierwsze śluby zakonne w Zgromadzeniu Redemptorystów. Dn. 15.08.1979 złożył profesję wieczystą a 5.06.1980 r. przyjął w Tuchowie święcenia prezbiteratu z rąk ks. abp. Jerzego Ablewicza. Był duszpasterzem w Głogowie (1980 – 1983). Następnie studiował teologię dogmatyczną na Uniwersytecie im. Franciszka Józefa w Innsbrucku, uzyskując tytuł doktora teologii. Od r. 1989 był profesorem WSD Redemptorystów w Tuchowie, prowadząc wykłady z zakresu teologii dogmatycznej i wstępu do teologii. Staraniem o. Stanisława dn. 14.10.1991 powstała  w Tuchowie Mała Poligrafia Redemptorystów. Jej dyrektorem został mianowany o. Stanisław, który kierował drukarnią aż do swej śmierci.

Pogrzeb śp. o. Stanisława Stańczyka odbył się w piątek, 12.10.2012 r. w Tuchowie. Znaliśmy się całe lata. To u niego drukowałem redagowane przez siebie miesięczniki „Tratwa” i „Teraz Tarnów” oraz pierwsze swoje tomiki wierszy…Dobry Jezu a nasz Panie daj mu wieczne spoczywanie!

Redaktor


17:22, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2








NOWA ODSŁONA!






tarnowski kurier kulturalny: