RSS
wtorek, 31 lipca 2012

O tym i owym 67- czyli „Madonna” w Warszawie

Madonna, która w piątek wieczorem dała kameralny koncert w paryskiej Olimpii, została przez fanów wygwizdana i nazwana dziwką… Trzej duszpasterze: ks. Andrzej Grefkowicz, o. Robert Więcek SJ i ks. Paweł Pająk, obejrzeli w necie fragmenty koncertu, jaki Madonna zaprezentuje 1 sierpnia w Warszawie, i są przekonani, że jest on antychrześcijański, a podstawowym jego celem jest kpienie z Boga i chrześcijan. "W szerokim zakresie to antyewangelizacja całego świata. W ramach MDNA Tour jest 88 koncertów w odstępach 2-3- dniowych i to w pół roku. Człowiek o własnych siłach nie jest w stanie tego zrobić. Piosenkarce towarzyszą najdrożsi na świecie specjaliści od psychomanipulacji". Kapłani podkreślają, że nie doszukują się wszędzie i we wszystkim złego ducha, ale ten koncert jest potężną dawką trucizny uderzającą w podświadomość za pomocą częstotliwości, ukrytego symbolizmu i obrazów. "Mamy bezczeszczenie chrześcijaństwa. Obraz katedry średniowiecznej (Kościoła), która zostaje sprofanowana przez całkowitą zmianę jej przeznaczenia. Ten koncert to antyliturgia. Jesteśmy świadkami profanacji Krzyża. Brama (w jej centrum krzyż) rozpada się w drobny mak (to ma obrazować zwycięstwo Złego nad Kościołem). Profanacja Najświętszego Sakramentu i wyśmiewanie się z najważniejszych tajemnic wiary: Wcielenie, Narodzenie i Śmierć Pana. Wszystko odbywa się w "obecności" demonów, które wchodzą do "katedry" po zniszczeniu bramy. Gra świateł (czerwień i czerń), muzyka i taniec ociekający motywami pogańskich kultów. Krzyże noszone przez uczestników (różańce zawieszone na szyi) to kolejny element parodiowania" - wyliczają. W czasie koncertu cześć oddawana jest "czarnej postaci" (Madonna), a w momencie kulminacyjnym czci następuje "wybuch", w którym "katedra" ulega zniszczeniu. "Sekwencja obrazów wskazuje na powrót do pierwotnego chaosu. Madonna oddaje się w ręce zła symbolizowanego przez odrażające postaci, przed którymi nie broni się wcale, nie okazuje lęku i poddaje się temu, co z nią robią. W trakcie koncertu zmienia się sceneria i przedstawiane są "współczesne trendy". Postaci ukazujące homoseksualizm, transseksualizm, transwestytyzm oddają cześć osobie w czerni. Mamy też wyraźną parodię "worship" (modlitwy uwielbienia) - gospel. Normalnie podczas modlitw uczestnicy są ubrani na biało, tutaj są tylko w czarnych strojach z wkomponowanym krzyżem" - wyjaśniają duszpasterze. Jak napisali w swoim apelu kapłani, to nie Madonna jest w centrum. Wszystko zwrócone jest ku "czemuś" innemu, a już sam tytuł albumu MDNA można traktować jako: jej imię, następnie jako "DNA Madonny". "Jest też nawiązanie do MDMA (ecstazy) - narkotyku powodującego "euforyczne odczucie miłości"" - piszą. Duszpasterze zaznaczają, że jeśli dojdzie do koncertu, będzie to zbezczeszczenie ziemi polskiej. "Znakiem jedności naszej modlitwy niech będzie nowenna, która rozpocznie się 22 lipca. Skorzystajmy z tego, co daje nam Pan w Kościele (do wyboru): koronka, adoracja, Różaniec, Msza Święta. Możemy modlić się indywidualnie lub we wspólnocie" - wyjaśniają. W apelu podpisanym przez trzech polskich kapłanów znajduje się także ostrzeżenie, że materiały dotyczące koncertu dostępne na Youtube są "mocne", odznaczają się bardzo silnym przekazem podprogowym, dlatego nie zalecają ich oglądania, a jeśli już, to w stanie łaski uświęcającej i po wcześniejszej modlitwie.
Małgorzata Pabis (Nasz Dziennik)


22:01, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 lipca 2012

O tym i owym 66 czyli…Pogrzebać Powstanie?

Do Pani Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz:
W historii Polski istnieją wydarzenia i ich rocznice posiadające wielką wagę i znaczenie, zajmujące szczególne miejsce w naszych dziejach, w życiu Narodu. Do takich szczególnych dat należą: 3 maja, 1 sierpnia, 15 sierpnia, 1 września, 17 września, 11 listopada. Te dni obchodzimy w zadumie, żarliwej modlitwie, oddając cześć i hołd bohaterom tamtych wydarzeń, którzy polegli, dając świadectwo naszej pamięci. Tak dzieje się również w każdą rocznicę Powstania Warszawskiego. W godzinie W na ulicach Warszawy, w miejscach powstańczych walk i pamięci narodowej oraz przy mogiłach poległych. Tymczasem w 68. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego na Stadionie Narodowym w Warszawie ma się odbyć koncert jednej z najsłynniejszych na świecie skandalistek - Madonny. To ona bluźni przeciw Bogu, zachowuje się w sposób ordynarny. I to jej występ ma "uświetnić" ten dzień zadumy i wspomnień? Czy Pani Prezydent Warszawy nie wie, że Madonna zagłuszy ciszę, utrudni zadumę i modlitwę i zgromadzi gapiów i tych, którzy w tym dniu bezmyślnie będą się bawić? I pomyśleć, że w tym czasie na Kopcu Powstania Warszawskiego na Czerniakowie płonąć będzie symboliczny znicz pamięci. O jakże innej wymowie i znaczeniu. Nie myślę dociekać, dochodzić, kto wpadł na ten bezczelny i podły pomysł, aby w ten sposób "uświetnić" 68. rocznicę Powstania Warszawskiego. Tak uczynić mógł tylko ktoś, dla kogo nie istnieją już żadne wartości, ideały, tradycje chrześcijańskie i niepodległościowe. Czy Pani Prezydent Warszawy zapomniała, że Warszawa jest miastem bohaterem odznaczonym Orderem Virtuti Militari? Pytam więc: jak doszło do decyzji dopuszczającej do występu 1 sierpnia tej skandalistki, a tym samy bezczeszczenia pamięci o samotnym boju powstańczej Warszawy i jej bohaterów? Jako warszawiak, uczestnik Powstania Warszawskiego na Starym Mieście i Śródmieściu, żądam od Pani Prezydent stanowczej decyzji w tej sprawie. Przecież do obowiązków prezydenta należy obrona honoru i godności Warszawy, jej mieszkańców, także tych, którzy polegli podczas Powstania Warszawskiego. Dlaczego Pani Prezydent dopuszcza do bezczeszczenia kolejnej jego rocznicy. Czyżby ta postawa była wyrazem pomniejszania znaczenia Powstania Warszawskiego.
Andrzej Wernic - uczestnik Powstania Warszawskiego.


16:04, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2012

O tym i owym 65 czyli Polska w dryfie…

Podstawowym obowiązkiem władzy państwowej jest zapewnienie bezpieczeństwa państwa, czyli Narodu, tak pod względem militarnym, jak i ekonomicznym. Dziś niestety obserwujemy deficyt w obu tych obszarach. Jednocześnie brakuje debaty publicznej o problemach trawiących Polskę. Mało tego, o prawdziwych problemach Polski nie jest podejmowana żadna dyskusja publiczna. W naszym państwie mamy do czynienia z demokracją trockistowską.

Polskę dławi ogromny dług. Według ostatnich wyliczeń prof. Janusza Jabłonowskiego z NBP, wynosi on 3 bln zł, tj. 220 proc. PKB, co stanowi dwukrotność zadłużenia Grecji. Tylko w tym roku musimy zapłacić za ten dług 119 mld złotych. Czy o tym słyszymy w mediach? Władza natomiast szuka pieniędzy u najbiedniejszych - podnosi podatki, ogranicza podstawy nauczania, dostęp do opieki zdrowotnej, leków refundowanych, ambulatoryjnej opieki. Mamy też absolutne zahamowanie rozwoju. Polska pod względem atrakcyjności inwestycyjnej jest na 36. miejscu, czyli za krajami afrykańskimi. Tylko w tym roku upadło 400 rodzimych przedsiębiorstw, do końca roku liczba ta ma wzrosnąć do 800. W mediach zupełnie przemilczano również obecność urzędnika wysokiego szczebla państwowego na tajnym spotkaniu w Wirginii Bilderbergu, tajnej organizacji, która podejmuje polityczne i ekonomiczne rozwiązania dla świata, nie zawsze zgodne z wolą społeczeństw. Cóż zatem robił tam pan minister? Może jakaś interpelacja poselska to wyjaśni?

Rząd chwali się "sukcesami", a coraz więcej Polaków żyje na tzw. krechę. Wystarczy zajrzeć do sklepików osiedlowych czy wiejskich, gdzie mimo zakazów skarbówki wciąż funkcjonują zeszyty z listą należności, jakie za towar zalegają klienci. Bynajmniej nie chodzi tu o wykwintne towary, a o te najpotrzebniejsze: chleb, masło czy mleko. Dług spłacają po tygodniu, miesiącu - jak tylko mogą i dalej się zapożyczają. Dopiero wtedy sklepikarz wbija zaległy paragon, a to już nielegalne. Tak za rządów PO żyje wielu Polaków w mieście i na wsi. Po "zielonej wyspie" został spalony słońcem ugór, rosnąca bieda i kary w przypadku wykrycia "nieprawidłowości" przez urząd skarbowy. Państwo karze tych, którzy mają jeszcze serce pomagać innym, a przymyka oko na brak polityki gospodarczej, społecznej czy zatrudnieniowej rządu, na nieosądzone afery, na fatalny stan sądownictwa, na drożyznę w sklepach, aptekach i brak opieki socjalnej nad najbiedniejszymi. No, ale rząd powinien wiedzieć, że jest takie powiedzenie: "Przyszła kryska na Matyska".

Elżbieta Barys, Mariusz Kamieniecki (Nasz Dziennik)







09:48, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lipca 2012

O tym i owym 64 czyli A. Łapickiego "śmierć w starych dekoracjach"...

Dzisiaj w sobotę 21 lipca,  nad ranem w swoim domu w Warszawie w wieku niespełna 88 lat zmarł Andrzej Łapicki - jeden z najwybitniejszych polskich aktorów oraz reżyser; miał w swoim dorobku ponad 100 ról teatralnych oraz kilkadziesiąt telewizyjnych i filmowych. Ostatnio trafił na okładki tabloidów z racji swojego kolejnego małżeństwa i udziału w serialu „M jak miłość”… "Odszedł spokojnie, we śnie" - powiedziała mlodsza o 60 lat żona aktora Kamila Łapicka.

Artysta urodził się 11 listopada 1924 roku, w Rydze. Podczas okupacji rozpoczął studia w tajnym Polskim Instytucie Sztuki Teatralnej. Dyplom uzyskał już po wojnie. Na scenie zadebiutował w 1945 roku w krakowskim teatrze im. Juliusza Słowackiego. Trzy lata później związał się z warszawskim zespołem Erwina Axera, u którego jako Fred w "Ladacznicy z zasadami" Jean-Paule'a Sartre'a odniósł swój pierwszy duży sukces. W 1947 r. został lektorem Polskiej Kroniki Filmowej - zajmował się czytaniem tekstów do propagandowych kronik filmowych; z tej pracy zrezygnował w 1956 roku. "Od dzieciństwa lubiłem chodzić do teatru. Mama mnie tam prowadzała. Oglądałem na scenie Mieczysława Frenkla. Nie wiem, czy żyje jeszcze ktoś, kto pamięta jego występy. Poza tym przed wojną istniały teatralne abonamenty szkolne. Świetna idea. Teatr był mi bliski, ale nigdy nie myślałem, że się nim zajmę" - mówił Łapicki w jednym z prasowych wywiadów. Od roli Eisenricha w "Biedermannie i podpalaczach" Maxa Frischa w 1959 roku w karierze Łapickiego rozpoczęła się epoka prawdziwych kreacji aktorskich. Role w "Sposobie bycia" Kazimierza Brandysa, "Play Strindberg" Friedricha Duerrenmatta, "Jadowitości" Jana Kotta - to kolejne kroki na tej drodze. W 1972 roku Łapicki przeszedł do Teatru Narodowego. Pierwsza rola na narodowej scenie to Autor w "Trzy po trzy" Aleksandra Fredry. Grał też Pana Młodego w "Weselu", a także Arnolfa w molierowskiej "Szkole żon" - rolę, o której podobno zawsze marzył. W latach 1983-1989 był członkiem zespołu aktorskiego Teatru Polskiego w Warszawie pod dyrekcją Kazimierza Dejmka. Do współpracy z tą sceną powrócił w 1995 r. piastując tam do 1999 stanowisko dyrektora artystycznego. Rok 1972 przyniósł wielkie filmowe role Łapickiego m.in. w "Piłacie i innych" Andrzeja Wajdy oraz w "Jak daleko stąd, jak blisko" Tadeusza Konwickiego. Łapicki nie po raz pierwszy współpracował z tymi reżyserami - z Konwickim spotkał się już w 1968 roku przy "Salcie", a w 1969 roku zagrał we "Wszystko na sprzedaż" Wajdy. W 1999 roku wykreował postać księdza w "Panu Tadeuszu" Wajdy. Mimo kilku znaczących ról Łapicki uważał, że film to niespełniona dziedzina jego działalności twórczej. "Film to moja niewypełniona karta" - mówił. Jako reżyser Łapicki debiutował w 1957 roku w Teatrze Współczesnym "Uśmiechem Giocondy" Aldousa Huxleya. Później wystawił m.in. "Śluby panieńskie", "Damy i huzary", "Dożywocie", "Męża i żonę" oraz "Zemstę" Aleksandra Fredry. W 2005 roku wyreżyserował spektakl "EuroCity" na podstawie sztuki Aleksandra Fredry "Z Przemyśla do Przeszowy". Jak podkreślał Łapicki - było to jego "pożegnanie z reżyserią, bo pożegnanie z aktorstwem nastąpiło już dawno". Łapicki dwukrotnie był rektorem stołecznej PWST (1981-1987, 1993-1996); przez wiele lat pełnił funkcję prezesa Związku Artystów Scen Polskich (31 X 1989 - 5 IV 1996), a w latach 1989-1991 był też posłem na Sejm z ramienia "Solidarności". A tak wielki amant polskiego teatru i filmu postrzegał swój „osobny” świat:  Aktora nie można tak do końca uwiecznic na taśmie filmowej, wideo, DVD czy fotografii.  Aktor, tak jak teatr, odchodzi z zapadnięciem kurtyny. I tylko ci najwięksi mają przywilej trwania w pamięci dzięki jednej roli, kwestii, gestowi czy sylwetce. Bo siłą teatru jest jego ulotność, po aktorze zostaje świadectwo tych, którzy go widzieli któregoś wieczoru i został im – żywy – w pamięci… Cała wartość teatru polega właśnie na tym, że jest sztuczny i nie naśladuje rzeczywistości. Interesująco pokazać śmietniki można w filmie dokumentalnym. Teatr to jest pewien myślowy przekaz, skrót, filozofia. Lustro – jak uważał Szekspir – w którym przegląda się świat, ale ono jest też transparentne. Przez nie widać coś dalej, głębiej i więcej…



15:29, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lipca 2012

O tym i owym 63 czyli trochę "Azotowej" historii...

Jak się dowiadujemy nasze Azoty chwilowo uratowane od wrogiego przejęcia przez braci Moskali więc nie od rzeczy będzie przypomnienie w skrócie historii tego wiodącego w mieście i regionie zakładu.

Budowę nowej fabryki związków azotowych zamierzano pierwotnie zlokalizować w okolicach Radomia. Dlaczego ostatecznie podjęto decyzję o jej budowie w Małopolsce i to akurat pod Tarnowem? Zadecydowało o tym wiele czynników.
Naturalnymi granicami przyszłej fabryki oraz źródłem zaopatrzenia dużego kompleksu produkcyjnego w wodę miały być widły dwóch rzek: Dunajca i Białej. Siły wodne Dunajca, dotychczas niewykorzystane, miały zostać spożytkowane dla realizacji przyszłej elektryfikacji kraju. Spośród innych czynników wylicza się także dobrze rozwiniętą sieć komunikacyjną i bliskość powiatowego miasta Tarnowa oraz dużą liczbę niewykorzystanej siły roboczej. Nie bez znaczenia była bliskość zachodnio-małopołskiego zagłębia naftowego oraz jasielskiego zagłębia gazowego. Już wówczas wiedziano, że gaz ziemny to surowiec przyszłości zarówno pod względem technologicznym do produkcji gazów syntezowych, jak i energetycznym do spalania w kotłach elektrociepłowni. Niemal równocześnie z budową fabryki rozpoczęto realizację osiedla przyfabrycznego, które w krótkim czasie urosło do rangi prężnej osady przemysłowej. Budowa fabryki i osiedla stworzyła konieczność usprawnienia działania władz administracyjnych.
W styczniu 1929 roku rady gminne Dąbrówki Infułackiej i Świerczkowa jednogłośnie postanowiły o połączeniu obu wsi, na terenie których powstawała fabryka. Początkowo nowa gmina miała otrzymać mającą wielu zwolenników nazwę „Tarnoazot". Najpopularniejszy ówcześnie tarnowski tygodnik „Hasło" proponował nieco mniej dziwaczną: „Mościki". Ostatecznie, w czerwcu 1929 roku nowa gmina otrzymała w hołdzie Ignacemu Mościckiemu, Prezydentowi Rzeczypospolitej, a przede wszystkim inicjatorowi budowy fabryki, nazwę Mościce. W jej skład, oprócz Dąbrówki i Świerczkowa, wszedł również przysiółek Plewęcin.
Budowa „Drugiego Chorzowa", jak potocznie określano nową fabrykę, była szeroko komentowana w pobliskim Tarnowie. Liczono bowiem, że powstający tuż „za miedzą" olbrzymi organizm przemysłowy da asumpt do szybkiego rozwoju miasta. Powiatowy Tarnów, miasto średniej wielkości, liczące według spisu z 1921 roku 35,3 tysięcy mieszkańców, posiadał wodociągi i elektrownię, gazownię, nieźle rozwinięty drobny przemysł, a nawet linię tramwajową, ale wielkiego przemysłu był natomiast pozbawiony. W 1917 roku uruchomiono tutaj warsztaty kolejowe, w których zatrudnienie znalazło około 1200 osób. W mieście funkcjonowały między innymi 3 tartaki, 10 zakładów stolarskich, kilka małych warsztatów ślusarskich i mechanicznych, 5 dużych cegielni, 2 zakłady ceramiczne, 2 zakłady betoniarskie, kilkadziesiąt małych zakładów konfekcyjnych, kilka drukarni. Cechował je jednak niski stopień zatrudnienia.

Władze miasta Tarnowa obawiały się, że rosnące w siłę Mościce jako odrębna jednostka terytorialna wyrosną na nowoczesny ośrodek konkurencyjny. Nic dziwnego, że włączenie w granice miasta kilku okolicznych gmin, a zwłaszcza gmin fabrycznych: Świerczkowa i Dąbrówki Infułackiej stało się jednym z najistotniejszych problemów dla władz miasta. Licznych zwolenników miał również pomysł włączenia w granice miasta dodatkowo Chyszowa, stanowiącego połączenie placu budowy z Tarnowem, a nawet Klikowej, Gumnisk, Krzyża, Tarnowca i Rzędzina. W Tarnowie snuto już wizję wiełkomiejskości, która jak sądzono stawała się coraz bardziej realna. Tym bardziej, że Tarnów jako naturalne zaplecze dla fabryki miał wkrótce otrzymać nie tylko wielki przemysł, ale i lotnisko. Poza portem lotniczym w planach była budowa portu handlowego przy ujściu Białej do Dunajca, mając na względzie wspomniane plany wykorzystania wód rzecznych do transportu surowców i produktów PFZA.
Ostatecznie budowa zarówno portu lotniczego, jak i rzecznego nie doszła do skutku. Postulaty połączenia późniejszych Moście z Tarnowem ponawiano jeszcze wielokrotnie, ale nastąpiło to dopiero w 1951 roku, kiedy Mościce oficjalnie stały się częścią miasta.

Robert Lichwała



05:53, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2








NOWA ODSŁONA!






tarnowski kurier kulturalny: