RSS
środa, 24 marca 2010

   Daleko, a może blisko, w pewnym, lub niepewnym mieście, należącym do równie niepewnych rajców, był sobie teatr. Nikt w mieście nie wiedział po co istnieje ta scena i komu służy. Przez ten przybytek, opłacany i utrzymywany z kasy mieszkańców, przewijali się aktorzy, aktorki, montażyści dekoracji, szwaczki i praczki, krawcowe, perukarki i fryzjerki. Był też elektryk i akustyk, cieć i… dyrektor. Pan dyrektor, oprócz słabości do sztuki, miał jeszcze inne narowy i nałogi, które na przemian, to umilały i znowu zohydzały mu życie. Jak wieść niesie, ta gminna, a nie nagminna – czytaj oficjalna – pan dyrektor miał oczywisty wstręt – i za to go kocham – do stanu obrzydliwego i poniżanego od dawna przez wszelakiej maści cyrkowców i ludzi wesołych, czyli do stanu permanentnej trzeźwości, co można odczytać na przyrządzie pomiarowym jako zero. To szlachetne uprzedzenie ma związek oczywisty z innym, równie popieranym przez nas i stawianym nawet wyżej od przyziemnego popędu do - na ten przykład - łaknienia. Nie wiem jak nazwać tę drugą rysę, nadającą dyrektorowi z daleka rozpoznawalny wzrok, przez laików i ateistów zwany wzrokiem wilczym, ale zaryzykuję i powiem, że dyrektor kochał ponad wszystko młode ciała płci przeciwnej i jak to bywa w eleganckim świecie, miłość owa wybuchała po zaspokojeniu opisanej na wstępie słabości, czyli pragnienia.
Pewnego dnia, lub wieczoru, tuż po premierze, nasz dyrektor udał się z podwładnymi na rytualny bankiet popremierowy, a że w teatrze była bieda, więc wszyscy zgodnie przeszli do mieszkania pani aktorki - nazwijmy ją Diva – i tam oparli sprawę o bufet, czyli uraczyli się mocnym trunkiem, jakim jest rosyjski spiryt. Po którejś z rzędu kolejce w naszym dyrektorze obudziły się demony, które z całą mocą poruszyły drugą pasję, zwłaszcza że pani Diva była kobietą eteryczną i magnetyczną. Dyrektor dostał drgawek członków i ślinotoku na samą myśl wysnutą ze słów piosenki „Co pani ma tam pod sukienką” i ruszył śmiało w jej kierunku. Najpierw przepłynął przed wybranką, zmagając się z grawitacją, czyli w staropolskich lansadach, a potem sięgnął ręką tam gdzie byle czyje oko już nie sięga, o ręce nie wspomniawszy. Na swoje nieszczęście sięgnął nie po swoje, chociaż jak po swoje, bo nadbiegł narzeczony pani Divy i bardzo prozaicznie dał dyrektorowi w dzioba, a ten padają pod ponętne nogi pani Divy przypomniał sobie że ten narzeczony jest aktorem i jego pracownikiem. Padając zdążył jęknąć „biada wam” i usnął. Niby nic, bo scenka znana i powtarzana często wśród ludu poczciwego i uraczonego, ale sprawa nie była tak prosta, jak można wysnuć ze statystyk. Normalnie powinien nasz dyrektor się oblizać, przeprosić panią Divę bombonierką, a narzeczonego flaszką destylatu. Fajnie! Feler i pech przyszedł z zupełnie innej strony i przybrał postać panny Flamy, równie pięknej i ponętnej jak pani Diva, ale z tą różnicą, że już zdobytą przez dyrektora i zaadoptowaną, można rzec, na stałe. W przypływie zazdrości pani Flama poprawiła dyrektorowi dzioba z drugiej strony, a względem pani Divy rzuciła słowa z serii słów ogólnie uznanych. Można wszystko zbagatelizować i przebaczyć, ale sromota najbliższej własności jaką jest kobieta nie jest do wybaczenia. W obronie czci pani Divy stanął jej narzeczony i złożył oficjalny protest z postulatem wyrzucenia dyrektora z pracy na obity dziób. Pani Flama po spakowaniu tornistra trzasnęła drzwiami teatralnego mieszkania i pojechał w siną dal, a pani Diva przyłączyła się do protestu swojego fatyganta. Rzecz się rozlała po miasteczku i stała się rzeczą pospolitą na skalę kraju. Do miasteczka jęły schodzić pielgrzymki od gór do morza, nadeszły listy poparcia i wsparcia. Za dyrektorem stanął burmistrz z całym dostojeństwem, a za aktorami już nikt nie stanął. Tysiące ludzi chciało jednego – zobaczyć panią Divę i jej rywalkę w strojach zaniedbanych, lub całkiem bez. Rozmowy z fotografem trwały długo i zakończyły się umową. Reżyserował w stanie nieważkości… nasz dyrektor.


Buc Galicyjski



15:19, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 marca 2010

   Józef Lam (1838-1886), najznakomitszy satyryk galicyjski, autor takich pozycji jak: Wielki świat Capowic (1869), Koroniarz w Galicji (1869), Głowy do pozłoty (1873), Dziwne kariery (1880), autor wspaniałych Kronik lwowskich i Dzienników, na wieść o ukazaniu się Encyklopedii Tarnowa zaśmiewa się zza grobu do łez. Capowice to fikcyjne, maleńkie powiatowe miasteczko gdzieś na kresach Galicji, w którym wszyscy, począwszy od burmistrza po aptekarza, noszą głowy wysoko, uważając się za pępek świata. Świat zaczyna się i kończy na Capowicach. Ludzie władzy czy elity w tym miasteczku sądzą, że są na świecie najmądrzejsi, najważniejsi i od nich wszystko na tym padole zależy. Od połowy XIX w. Capowice oznaczają w potocznym języku prowincjonalizm, kołtuństwo, bufonadę, zacofanie.
   O tej wielkiej powieści Jana Lama przypomnieli mi członkowie Redakcji Encyklopedii Tarnowa oraz wszyscy inni odpowiadający za taki, a nie inny poziom naukowy tej pozycji.
   Ma ona swoje dobre strony, właściwe tylko dwie. Pierwsza, że się ukazała, druga, że do jej pisania zaprzęgnięto blisko 200 osób, co jest asumptem do tego, aby wydarzenie owe zgłosić do księgi rekordów Guinessa, tak jak zgłasza się np. rekordowych zjadaczy hamburgerów. To druga dobra strona Encyklopedii-obecność Tarnowa w księdze Guinessa.
   O złych będzie się pisało jeszcze długo, oczywiście, jeżeli starczy odwagi, przede wszystkim ludziom nauki i mediów. Jest nie do pomyślenia, aby ludzie aktualnej władzy mieli swoje noty biograficzne. Jest nie do pomyślenia, aby ubecy, wysocy dygnitarze PZPR, mieli swoje notki, w których słowo nie pada o ich funkcjach, nieraz najwyższych w mieście, a nawet w państwie. Jest nie do pomyślenia, aby autorzy Encyklopedii pisali o swoich rodzinach, bliskich, pracodawcach, co było jedyną zasługą tych, co mają notki. Inaczej. Mamy w Encyklopedii ludzi wielkich i małych, mamy karierowiczów, których jedyną zasługą była lojalność wobec komunizmu. Mamy poetów, którzy nie są poetami, mamy działaczy, którzy nie są działaczami, mamy polityków jednej kadencji, mamy prześmiewców i czołobitnych, mamy dyrektorów trzymających się swoich krzeseł od lat, mamy ludzi kultury, którzy z kulturą nie mieli nic wspólnego, dziennikarzy z bożej łaski, nauczycieli nie tych co powinni być. To nie jest encyklopedia, to jest leksykon.
   Nie ma np. lekarza z Katynia, Mariana Wodzińskiego. Cały sztab Redakcji nie miał pojęcia, że on istnieje w historii, także światowej. Zamieszczono notę jego brata-konfidenta ubeckiego. To najlepiej świadczy o rzetelności i przygotowaniu historycznym Komitetu Redakcyjnego. Pod każdym hasłem widnieje autor, to rzecz nie do pomyślenia w tego rodzaju wydawnictwie. Cały dorobek  pokoleń historyków został pominięty, zaledwie na końcu ksiązki wykazano źródła, z których się korzystało. To zakrawa na plagiat totalny. Byłbym daleki od prawdy, gdybym nie napisał, że wiele haseł, to wartościowe rzeczy, potrzebne do pracy, do matury, do dziennikarstwa, do pisania książek.
   Jak można było zamieścić notę biograficzną szefa Zespołu Redakcyjnego, czy jego członków? Jak mogli na to pozwolić? Pozwolili, bowiem są rodem z Capowic. Gdyby pracownicy UJ, Cambridge, Oxfordu pisali encyklopedie, antologie czy słowniki swoich uczelni, przyzwoitość, standard i żelazna reguła naukowa nie zezwoliłaby im na to, nie pomyśleliby o tym, inaczej byliby skazani na ostracyzm naukowy i śmieszność. A więc arogancja, megalomania, pycha, a w końcu prowinjonalny kompleks, także rządzących, przede wszystkim rządzących.
   Tarnów jest prowincjonalnym miastem, takim był zawsze. O prowincji pisało się dobrze i źle. Prowincja w czasach rzymskich oznaczała krainy rzymskie odległe od stolicy cesarstwa czy republiki. Prowincja w galicyjskich czasach oznaczała bufonadę, zły smak, kołtuństwo. Encyklopedii Tarnowa pisana wyraźnie na zamówienie propagandowe, często przez autorów mających głębokie konotacje czy wyraźne sympatie z PRL, jest przykładem prowincjonalizmu wyśmiewanego przez genialnego Lama w Wielkim świecie Capowic. Ale jest jeszcze coś bardziej poważnego. Encyklopedia fałszuje historię w sposób klasyczny, tak jak to zwykła była czynić od wielu lat pewna opiniotwórcza gazeta. To, że brakuje jednych, a inni są w nadmiarze, nie jest najważniejsze. Każda encyklopedia, leksykon, słownik może mieć podobne zarzuty. Nie wszyscy po prostu się w niej mogą znaleźć. Ale jeżeli się fałszuje historię, przemilcza rzeczy najważniejsze, najistotniejsze w biografii człowieka, to więcej niż błąd, to jest naukowa zbrodnia.


Buc Galicyjski



12:57, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Komentarze (1) »
środa, 03 marca 2010

Gdy oglądam programy telewizyjne w TVN24 mam wrażenie, że świat jest tuż przy dawno wieszczonym końcu świata. Przykładem jest chociażby ostatnia zadyma z byłym ministrem Mirosławem Drzewieckim. Przez kilka dni redakcja TVN wmawiała wszystkim, że Drzewiecki pluje nam w twarz i nazywa świętą ojczyznę dzikim krajem. Politycy ślinili się przed kamerami i prawie popełniali w naszym imieniu sepuku, bo przecież nikt tak nas nie kocha jak politycy i nikt tak nie dba o dobre imię Rzeczpospolitej jak ONI. Po kilku dniach rzeczona stacja ujawniła cały wywiad – wcześniej pokazywała wycięte z całości kawałki – i prawda wypłynęła na powierzchnię jak oliwa, albo coś bardziej śmierdzącego. Otóż okazało się, że cała rozmowa była nagrana przez malutką redakcję regionalnego radia polonijnego, a w towarzystwie M. Drzewieckiego było kilka osób z Tadeuszem Drozda po prawicy. Panowie siedzieli sobie po partyjce golfa i toczyli, stare jak Polska, Polaków rozmowy, które były bardzo łagodną formą rozmów jakie toczą się w każdym polskim domu. A co z tym dzikim krajem? A to, że M. Drzewiecki opisał tym przymiotnikiem polską politykę, a nie nas, czyli lud polski. Redakcyjnym pracownikom udało się przekłamać rzeczywistość i przenicować prawdę na wszystkie strony świata, a przy tym wmówić nam, że czarne jest białe, albo odwrotnie. Przypomina to porywanie polskim matkom dzieci przez rządowe ośrodki nibypomocy i oddawanie do domów, którym państwo Polskie płaci po 3 tysiaki miesięcznie od łebka. Nie ważne co jest prawdą, ważne co napędza robienie kasy.
   Innym świadectwem zbliżającego się globalnego kataklizmu jest ostatnia wizyta w Tuchowie naszego milutkiego i kochanego szczerze pana prezydenta RP. Początkowo myślałem, że ktoś się pomylił, albo zabrakło paliwa, pomysłu i rozumu, albo komuś w pałacu nie przyszło do głowy, że Tuchów leży jakieś 250 kilosów od Ustrzyk Dolnych, że wszystko co na południu Polski to jedna rodzina i nie ma co się rozdrabniać. Pan prezydent z całą świtą zajechał z piskiem opon na Tuchowski rynek i zażądał odprawienia święta rocznicowego strajku w Ustrzykach Dolnych. Wszystkim opadły szczęki, ale dotrzymali kroku prezydentowi i odprawili co trzeba. Na wszelkim wypadek nie dopuszczono ludu do zadania pytań i pan prezydent pozostał w błogim zadowoleniu. Ja rozumiem zagubienie prezydenta, rozumiem kompletną ignorancję prezydenckich urzędników – wszak nie pierwszy  raz dali popis swojego dobrego humoru – ale nigdy nie pojmę powodów do odtrąbienia w tarnowskich mediach tego wariactwa, jako wielkiego święta i pokazywanie spływających na Tuchów łask prezydenckich.
   W tym całym zamieszaniu postanowiłem pójść na konfrontację z prawdą i zadzwoniłem do swoich znajomych z Ustrzyk Dolnych, do ludzi którzy brali udział w strajku i wywalczyli podpisanie porozumień rzeszowsko – ustrzyckich. Odpowiedź początkowo nieco mnie zaskoczyła, ale w końcu zrozumiałem. Otóż cały ten strajk i umowy pilotował wtedy sam Lech Wałęsa, a Ustrzyki od tamtego wydarzenia zapałały miłością prawdziwą do byłego prezydenta, a jak nam wiadomo miłość owa nie ma odniesienia do relacji pomiędzy panującym a byłym. Przecież Lech Wałęsa – jak twierdzą bliźniaki – stoi dzisiaj tam gdzie ongiś w Ustrzykach stało ZOMO, prawda?
   Radek Sikorski powiedział co powiedział, ale nie można odmawiać Radkowi jednego – prezydent może być niski, ale nie może być mały. I jeszcze jedno, tuż po strajkach w Ustrzykach, muzyk Marek Biliński skomponował utwór pod znamiennym i proroczym tytułem – „Porachunki z bliźniakami”. Resztę proszę sobie dopowiedzieć.


Buc Galicyjski



21:10, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »








NOWA ODSŁONA!






tarnowski kurier kulturalny: