RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009

   Po szaleństwie związanym z uroczystym otwieraniem Galerii Tarnovia – a było na co popatrzeć – długo myślałem jak nazwać znaną w Tarnowie laureatkę większości plebiscytów. Żelazna dama? Betonowa Dama? A może Stalowa, albo Dębowa bo taka mocna? Wszystkie te przydomki wywoływały we mnie niesmak i trącały inwektywą, więc pomyślałem, że najbezpieczniej będzie gdy powiem Miła pani. Tak jest dobrze.
   Miła Pani po raz kolejny – który, trudno zliczyć – wygrała plebiscyt i właściwie chwała jej za to. Ale, ale jest w tym wszystkim coś co napawa grozą. Dowiedziałem się oto z licznych wypowiedzi internetowych, że sposób zdobywania nagród w plebiscytach Miła Pani ma opanowany do perfekcji. A to taksówkarze pędzą przez miasto o wczesnej godzinie i wykupują gazetę z kuponami plebiscytowymi i oddają w miłe ręce Miłej Pani, a to znowuż ludzie otrzymują esemesy z przypomnieniem, że dziś nastał dzień wydrukowania kuponów i należy chybcikiem pobiec do najbliższego kiosku i dokonać niezbędnego zakupu. I nawet nie to mnie przeraża, bo mogę uznać, że majstersztyk Miłej Pani jest skuteczny, a skoro tak jest, to wygrana się jej należy „jak psu d….a” – cytat za posłanką Jakubiak, koleżanką partyjną Miłej Pani. Przestraszyło mnie to, że Miła Pani kandyduje na prezydenta mojego miasta i obawiam się szczerze, że praktyki opisane wyżej przeniesie na swoją kampanię wyborczą i doczekamy się tarnowskiej Renaty Beger bis. Wszak ludzka zachłanność na zaszczyty jest wielka, prawda? Sam kiedyś chciałem być wielki, ale wzrost mam nieco paskudny i nie wyszło. Miłej Pani doradzę coś mądrego. Jeżeli już, to nie wygrywamy w stosunku 2000 głosów na 2800 oddanych, bo to na odległość śmierdzi. Przed liczeniem głosów poprosić komisję, by nie robiła tego w piętnaście minut, bo też brzydko pachnie. I nie doradzam by stać się Miłej Pani wspólnikiem, czy czymś tam. Ja tylko proszę żeby droga Miła Pani nie urągała ludzkiej inteligencji. Amen.
   Szał gorących ciał, ruleta kręcąca się w zawrotnym tempie i latynoska muzyka. Tak można określić atrakcje rzucone na żer zaproszonych i niezaproszonych gości na otwarcie pierwszej, niepodległej galerii handlowej w Tarnowie. Było co jeść, co pić i na czym zawiesić oko. Przed ludem wyginały swoje ciała półnagie kobiety w wieku dawno już popoborowym, strasząc obleczonymi w majtasy wdziękami. Obok kręciła się ruleta, a nieco z boku stał wielki szwedzki stół, wabiący wymyślnymi potrawami i nieznanymi zapachami. Wypisz, wymaluj, Monte Carlo. Pan prezydent wdzięczył się do przedstawicieli, a Pani Miła - ta od plebiscytów – do publiczności. Oczywiście, publiczność miała to gdzieś i łakomie spoglądała w stronę stoisk. Tylko jeden człowiek schowany z boku ze winklem nie przejawiał żadnej radości. Stał ze spuszczoną głową i ogryzał w desperacji paznokcie. Był to ksiądz, który kilka chwil wcześniej poświęcił miejsce i pobłogosławił jako zbożne dzieło.


Buc Galicyjski



21:03, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 listopada 2009

     Jakem Buc Galicyjski takiego widoku jeszcze nie spotkałem Na tarnowskim rynku wyrosły buraki! Mają wielkie liście rozkładające się na boki i wyrastają wprost z zabytkowych studni. Ktoś chyba się pomylił i zasadził paskudztwo na chwałę swojej buraczanej wyobraźni. Może teraz siedzi w oknie biura Marki Miasta i podziwia? Albo upaja się, zwołując sąsiady swoje i mówiąc – oto buraki zasadziłem i kto mi tu naskoczy? – pławi się we własnym sosie. Jak dowiedziałem się z miejskiego portalu tarnow.pl ta wątpliwa sztuka kosztowała moje miasto ponad 60 tysięcy złotych. A co! My gorsi od Sącza? Tam takiego buraka usadzili za 40 tysiaków. Jesteśmy lepsi? A jesteśmy. Firma ze Śląska – tak podaje tarnow.pl – zapewniła, że buraki będą rosły kilka lat, a przynajmniej sezon jesienno – zimowy. Do wyboru. Ja wybieram sezon jesienno – zimowy, bo na kilka lat burakomanii mojego intelektu nie stać.
   Inny portal, intermaks.pl, podał dzisiaj informację, coś mającą wspólnego z owymi wykwitami wrażliwości na sztukę, czyli burakami. Pan Marcin Sobczyk – człowiek zbyt uczciwy by mu nie wierzyć – oznajmił, że w trosce o tarnowskie finanse i w ramach walki z kryzysem, UM nie dopuści, by na rynku w Sylwestra prezentował się jakikolwiek zespół muzyczny. Że to zbyt drogi szpas i tak naprawdę nikomu niepotrzebny. Natomiast już po nowym roku wystąpią w Tarnowie inne kapele o światowej renomie i zagrają dla maluczkich. W luźnej interpretacji oznacza to, że maluczcy będą trzeźwiejsi i bardziej złaknieni przedwyborczej kiełbasy. Wszak idą wybory do samo(nie)rządu i każdą imprezę można odpowiednio umiejscowić w czasie i przestrzeni. Tylko jak się to ma do tych 60 – ciu  tysięcy złociszów za buraki? W którym miejscu są oszczędności, a w którym granie w trąbę? – żeby nie rzec inaczej, bo grać można nawet w pewne części ciała. Na pocieszenie zdradzę, że portal intermaks.pl skasował tego newsa bezpowrotnie – pewnikiem ktoś skąd trzeba zadzwonił do kogo trzeba i sprawę załatwił. A może nie zaproszą żadnej kapeli, bo wstyd za buraki nie pozwala?
   Byłem w kinie. Nie pisałbym o tym gdyby taka gratka nie spotykała mnie raz na kilka lat. Oglądnąłem sobie obraz (tak się teraz mówi) Pt. „Kobieta w Berlinie” i poczułem się bardzo zawiedziony. Pani z TCK w przedseansowej prelekcji zapewniła mnie o niewątpliwych walorach obrazu, że dramat kobiet i bestialstwo Rosjan – jednym słowem HIT. Okazało się, ze film jest udaną próbą usprawiedliwienia rosyjskich żołnierzy i pokazaniem małości kobiet niemieckich wobec przegranej wojny. Nic więcej, bo fabuła jest pokręcona jak owe liście buraczane na tarnowskim rynku.
   Kolejną bombką jest przeczytana informacja o potwierdzeniu się starej jak ogólnopolska meteorologia informacji, że Tarnów jest najcieplejszym miastem w Polsce. Jak piszą na tarnow.pl, wieść ta została dobrze odebrana przez czytelników onet.pl. Nie wiem co mam zrobić żeby wyprostować załamane na podołku ręce. Nie wiem, bo takie nauki wynieśliśmy ze szkół podstawowych z lekcji geografii, na których panie nauczycielki przekazały nam wiedzę o tzw izotermach lipca i że są one najwyższe w Tarnowie. Czy to nie urąga naszej inteligencji? Dla miłych pań i niemiłych panów z Marki Miasta podaję w szczerej intencji: Rzeka Biała wpada do Dunajca, Tarnowski rynek jest prostokątny, słońce nad Tarnowem wstaje od Rzeszowa, a zachodzi na Kraków. Takich ciekawostek mam wiele w zanadrzu i wystarczy jedno słówka, a podzielę się na chwałę naszego miasta.


Buc Galicyjski



21:49, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 listopada 2009

   Minął tydzień, ale mi nic nie minęło. Parafraza piosenki E. Stachury pokazuje jak szare są dni, leniwie przepływające w zagadce czasu i gdyby nie kolejne kolorki, domalowywane przez naszych publicznych – nie mylić z domami publicznymi – byłoby nędznie na łez padole.
   Skandalik okołoseksualny jaki pierdyknął w dzień otwarcia festiwalu filmowego narobił niemałego zamieszania w sferach zainteresowanych wolna sztuką i przeciwnych tej ekstrawagancji. Wiem, że to bardzo skomplikowany wywód, ale zapewniam, że temat wokół którego zawijam niezręczne zdania prostym też nie jest.
   Dawno, dawno temu, gdy porządku w kinie pilnował nieodżałowanej pamięci pan Szatko, sprawy owe układały się w sposób prosty i zrozumiały dla każdego gamonia. Film, na którym pani pokazywała nagą pierś, był od lat piętnastu, a gdy kamera szła od pasa w dół i dochodziło do ściągania majtek - od lat osiemnastu. I proszę mi wierzyć, zawsze chodziło o majtki damskie. Kto się nie godził na takie traktowanie mógł oberwać od pana Szatko twardą plecionką po grzbiecie i wrócić z płaczem do domu. Takie były prawidła dla chętnych do edukowania się na sztuce filmowej.
   Ponoć – nie widziałem, lecz słyszałem – poszło o maskotkę festiwalową, którą był miły pluszowi misio. Przed projekcją filmu „Futro” wszyscy podziwiali misiaczka, wdzięczyli się do futrzaka, a dzieciaki już planowały zręczny szantaż na rodzicach, by kupili im takie coś. Balon z aferą rozpękł się, gdy taki sam misio, ale już filmowy bohater :Futra”, dopadł małego chłopca i zgwałcił doustnie, nie bacząc, że szczeniak, na domiar całego nieszczęścia, jest po komunii świętej. Obscena tak ekstremalnego ujęcia sztuki wzburzyła do żywego zatroskanych o swoje dzieci rodziców. Posypały się gromkie protesty i część gości opuściła salę z donośnym trzaskiem drzwi.
   Jedna z pań, sprawujących merytoryczną opiekę nad festiwalem, oświadczyła, że nie miała pojęcia o czym jest film i nie ma zamiaru brać za skandal odpowiedzialności, po czym opuściła protestujących na kilka minut. Po powrocie stwierdziła, że edukacja seksualna jest potrzebna i nawet może być przyjemna, co stwierdziła przed chwilą empirycznie, i nic nie ma do pokazywania dzieciom hardcoru, bo cielesność człowiecza jest miejscem do ciągłego poznawania.
  Przysłuchując się tym wszystkim plotkom, przypomniałem sobie moją koleżankę klasową z podstawówki. Kiedyś – chyba w 6 klasie – przyszła do szkoły z podbitym okiem. Po wielu namowach, przekupstwie i lekkim zastraszeniu przyznała się, że zapytała tatę o sposób robienia dzieci i stąd oko w barwach tęczy. A dzisiaj dzieciaczki urządzają sobie, pod nieobecność rodziców, pokazy filmów wiadomych i niejeden tata mógłby się wiele nauczyć od swojej pociechy. Edukacja seksualna wsparła się o podstawy naukowe i nawet na poczciwego i dziarskiego siusiaka mówi się dzisiaj penis. Obrzydliwość!
   Nie byłbym Polakiem gdybym nie zapodał chociażby kliku słów o Święcie Niepodległości. Można powiedzieć, że święto przebiegło w pysznych okolicznościach – pyszny od pychy – i było wielobarwne, a najbarwniejszy był stół szwedzki z żarełkiem, zastawiony do granic poczciwości i wytrzymałości na balu w Sali Lustrzanej. Stół był ozdobą i centrum wystawnego przyjęcia na cześć pana prezydenta i jego urzędników – nazwany szumnie Rautem Prezydenckim. Mebel rozłożył się na środku sali i jęknął obleśnie pod ciężarem jadła, a odgłos ów stał się sygnałem do rozpoczęcia święta. Pycha obsiadła stół i korzystała do woli z darów magistrackich aż do niestrawności. W podzięce za przyjęcie zafundowane z kasy podatników Pycha wrzuciła do skarbonki po około 100 złociszów, dając sobie tym samym rozgrzeszenie za grzech główny. Zebrane pieniądze za wyżerkę i przypięty kotylion mają wspomóc niepełnosprawne dzieci. Przepraszam, ale ja tam nie byłem i niczego nie piłem, przepraszam, bo idę puścić pawia!
   11 listopada, po nudnych mszach i przemówieniach, Pycha zjawiła się pod Pomnikiem Nieznanego Żołnierza i w strugach deszczu, przy rżeniu dwudziestoletnich koni pociągowych – czytaj ułańskich – dała pokłon. W tym samym czasie na deskach Teatru im. Solskiego na uchodźctwie, odbył się piękny koncert w wykonaniu grupy artystyczno – muzycznej, działającej przy Gminnym Ośrodku Kultury w Śmignie. Pychy na koncercie zabrakło… I dobrze!



Buc Galicyjski



15:19, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 listopada 2009

Skundlenie polega na bezkrytycznym łaszeniu się do nóg każdego karmiciela, bez wzglądu na zapach jego portek i szczekaniu, lub merdaniu ogonkiem na rozkaz.  Polega również na przemilczaniu nieudolnych podskoków swego pana i lizaniu jego, nawet najbardziej brudnych rąk. Taki mezalians zapanował pomiędzy naszą tarnowską prasą, a ratuszową władzą. Władza daje i wymaga. Najważniejsze periodyki w mieście chwalą ową władzę, lub sprytnie przemilczają, to co powinny obszczekać i obwarczeć z każdej strony. A to poinformują, że córka prezydenta coś tam, coś tam i pozostawią bez zapodania faktu pod publiczną dyskusję, albo obwieszczą coś co bulwersuje całe miasto, nie dając miastu szansy na odpowiedź. Erystyka obsiadła redakcje tarnowskich pism i niepodzielnie rządzi dziennikarskim światkiem. Nie masz w starym Tarnowie prasy niezależnej, oj nie masz!
   Jak zjednać sobie przychylność mediów? A kupić, czyli zapłacić żywą gotówką, a niezawodnym sposobem jest wspomaganie finansowe portali i pism drukowanych poprzez Markę Miasta. Nie jest tajemnicą, że pan Marek Ciesielczyk otrzymywał od tej miejskiej instytucji dwa tysiaki miesięcznie, co skutecznie zamykało mu usta – na dopełnienie tego zaklejenia buzi otrzymał pan Marek intratną posadkę dyrektorską w instytucji samorządowej… i żyje w milczeniu. Innym przykładem jest fotorelacja ze święta zmarłych na Starym Cmentarzu, zamieszczona na portalu miejskim www.tarnow.pl. Paweł Topolski, nadworny fotograf tarnowskiej władzy, uwiecznił kwestującego prezydenta Ścigałę, pana Żądło, Wardzałę itd. A gdzie podział się komitet kwesty z Antonim Sypkiem na czele? Dlaczego rządzący w tak haniebny sposób wykorzystują nasze, POLSKIE święto do swojego piaru? Przyszli, zawiali drogimi perfumami i poszli w diabły.
   Władza ułożyła się z prasą w nader ciekawej pozycji erotycznej, oznaczanej we wszystkich samouczkach seksualnych jako numer 69 i nadaje rytm, melodię i częstotliwość ruchów. Albo jesteś z nami, albo ci nie damy. Wiemy, że nie ma sposobu na tak ekscytujący układ, więc walczmy przynajmniej o nadanie tej pozycji tak zwanej ludzkiej twarzy i bądźmy całym sobą za parytetami w polityce.
   Będzie grypa, czy nie będzie. Oto jest pytanie. Boimy się jak cholera, boimy, bo zawsze coś co przychodziło do nas ze wschodniej strony nie było przyjemne. Popędziłem dzisiaj w nasze miasto i z całą przyrodzoną desperacją postanowiłem się zaszczepić. Otóż, mili moi, dopiero w dziesiątej przychodni lekarskiej znalazłem antidotum. Ale, ale! Nie tak prędko, bo pani w białym chałacie poinformowała mnie, że szczepionkę muszę zakupić tam gdzie jej zabrakło i nic ją nie obchodzi, że tam nie ma, że takie są przepisy i już. Dopiero na mój krzyk, że mogę przecież umrzeć i stan epidemii, że pójdę na skargę do Sanepidu, zmusił miłą panią do kapitulacji. Zastrzyk dostałem i czekam na odparcie ataku kozackiej czerni.
   Powracając do córki pana prezydenta, przyszło mi do głowy, że przecież nic takiego się nie stało i raczej litera prawa nie była molestowana przez organizatorów. Ale, bo zawsze jakieś ale jest, cała sprawa zabrzmiała jak puszczony w towarzystwie bąk. Niby prawo nie zabrania, a jaki obciach! Internauci tarnowscy z niepokojem oczekują, że kobietą Tarnowa zostanie małżonka prezydenta, bo podobno, tak się mówi na ulicy, to ona napisała pracę konkursową za pana Horbacewicza.


Buc Galicyjski



13:52, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »

       Z niewiedzy płynie wiedza – do tak wielkich konstatacji doszedłem wczoraj przy porannej kawie. I nic nie miałbym przeciw, gdyby ta niewiedza spływała na mnie i oświecała mój skromny rozum do cna, albo do dna, jak kto woli. Stwierdzenie „nie wiem” króluje dzisiaj wszędzie, a zwłaszcza po urzędach i wszelakich biurach z państwowego i samorządowego nadania, a najbardziej niewiedzące – i tutaj zrobiło mi się przykro – są sekretarki dyrektorów, piastujących siebie w instytucjach kulturalnych. Wszak kultura – to moje stwierdzenie – wiedzy większej nie wymaga i właściwie nic tutaj nie dziwi. By przeżyć to na własnej skórze wybrałem się do TCK i zapytałem grzecznie o jakiś drobiazg, o którym informacje posiada każdy przechodzący obok Centrum obywatel. Nie wiem – poinformowała mnie miła pani sekretarka i przywołała kierownika. Nie, nie zajętego i zabieganego dyrektora, ale człowieka, który choć naczelnym nie jest, swoje aspiracje ma. Tenże pan, stojąc tyłem, wykręcił niebezpiecznie w moją stronę zamyśloną twarz i rzekł uroczyście i adekwatnie do swojego stanowiska – nie wiem. I tutaj muszę przeprosić Warszawski Teatr Ochota, bo tamtejsza pani sekretarka wiele wie i dzieli się tym skarbem z każdym zainteresowanym. Na prośbę o wyjaśnienie meandrów przekrętu, dokonanego na sztuce „Fabryka” Marcina Skóry i tym samym na naszym, tarnowskim teatrze odparła: „Nasz teatr nie ma nic wspólnego ze sposobem reklamowania spektaklu, nie jest również jego współproducentem, ani współrealizatorem. Producentowi „Kto dogoni psa” (sprytna przeróbka „Fabryki”) wynajęliśmy tylko salę”. Nawet nie spojrzałem w kierunku tarnowskiego teatru, wiedząc jaką otrzymam odpowiedź, wiedząc, bo już raz miałem sposobność przeciskania się przez wiedzę, a bardziej brak takowej, u siedzącej tam pani sekretarki. Amen.
       Po napisaniu powyższych słów przypomniałem sobie opowiadanie nieżyjącego od niedawna Kurta Voneguta. W tej zabawnej, a jakże mądrej historii, na ziemię przybył poczciwy kosmita z zadaniem sprawdzenia, czy ziemianie są gatunkiem gościnnym i przyjaznym dla obcych. Ufolud wyglądem niczym się nie różnił od homo sapiens, poza sposobem komunikowania. Ten jegomość przemawiał za pomocą popierdywania i stepowania. Pech chciał, że zagadnął na swój sposób pewnego farmera, pukając do niego o trzeciej nad ranem, czyli znalazł się nie w tym miejscu co trzeba i o bardzo złej porze. Farmer odpowiedział strzałem z dubeltówki i zakończył tym samym międzygalaktyczne kontakty.
       A dzisiaj dowiedziałem się, że córka naszego prezydenta wygrała jakiś konkurs miejski i wszyscy mają do niej pretensje, a mają, bo przecież córki prezydentów muszą być trzymane pod kluczem i wara im od nagród z kasy podatników. Nawet nie pójdę i nie zapytam sekretarki prezydenta, jak się sprawa ma, bo z góry znam odpowiedź. Nie zapytam też radnego Jakuba Kwaśnego o drugą nagrodę dla jego pracy w tych samych zmaganiach, bo mam to w głębokiej niewiedzy i wolę poczytać sobie Jarosława Haszka, który do radnych miejskich miał szczególny stosunek.
Wobec całkowitego niezrozumienia języka naszej – naszej, bo wygłosowanej demokratycznie – władzy, zarządziłem w rodzinie co następuje: Od nowego tygodnia wszyscy zapisujemy się na kursy stepowania, a teściowa karmi nas grochówką. Może kiedyś się z kimś dogadam.


Buc Galicyjski



13:27, tarnowski_kurier_kulturalny
Link Dodaj komentarz »








NOWA ODSŁONA!






tarnowski kurier kulturalny: